Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (7)

15 lutego, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Uliczka wielkiego miasta

Wielki Mur, rozległe dachy Zakazanego Miasta, szanghajskie drapacze chmur – to znane symbole chińskiej egzotyki. Bywa jednak, że byle uliczka zawiera jej nie mniej. A nawet aż nadto.

Cóż może być nudniejszego niż wyprawa do supermarketu? Trzeba wziąć torbę czy plecak, przejść czy przejechać tych parę ulic, zrobić zakupy i wrócić. Czasem człowiek nawet nie pamięta, co widział po drodze.

Tutaj jest inaczej. Kwadransowy spacer między mieszkaniem na kampusie a supermarketem sieci Xiangjiang (nazwanej tak na cześć rzeki przepływającej przez miasto i całą prowincję) jeszcze nigdy mnie nie znudził. Po drodze jest targowisko spożywcze, gdzie zawsze mogę liczyć na dreszcz emocji, ruchliwe ulice, gdzie adrenalina skacze, oraz ładny park, gdzie można w spokoju poobserwować tubylców. Ale gwoździem programu jest niedługa, bo kilkadziesiąt zaledwie kroków mierząca uliczka Yanfeng między ponurymi kilkupiętrowymi budynkami.

Zaczyna się niepozornie, bo między przystankiem autobusowym a murem, za którym trwają prace budowlane. Ale wnet przed nami wyrasta podświetlona reklama restauracyjki z nazwami potraw, cenami i fotografiami. Jest tam więc kura, ryba, koza, żółw i… pies. Ten ostatni, zwykły żółty kundelek, ślinianek do pracy raczej nie pobudza. Przed wejściem zaś stoi klatka. Przeważnie jest zakryta brudną szmatą, ale bywa, że oczom przechodniów ukazuje się jej wnętrze, w którym na smutny koniec czeka kilka psów.

Coś błyska z lewej strony. To w zakładzie handlującym artykułami metalowymi pracuje spawacz. Naprzeciwko na przenośnym straganiku pani sprzedaje przekąski. Nieco dalej przez przeszklone dzwi widać wnętrze salonu pedikiuru i masażu stóp, gdzie panowie i panie w co najmniej średnim wieku przychodzą oddać stopy w ręce młodego personelu. Przed masażem lub po można wpaść tuż obok do „monopolowego” – wybór trunków i nalewek wszelkiej maści oszałamia tak, jak i procentaż, bowiem dojrzali mężczyźni lubują się w jiu, czyli „winach”, przekraczających rutynowo 50 procent.

Uwaga, ogień! To kolejna restauracyjka. Bez przeszkód można zajrzeć do kuchni, bo ta jest otwarta na oścież. Płomienie buchają spod rozżarzonego do czerwoności woka, w którym wielobarwną zawartość smaży kucharz w stroju domowym. Ściany są czarne od dymu, ale o czystość potraw dba się tu tak bardzo, że aż publicznie: pęczki warzyw leżą w tackach na chodniku lub bezpośrednio na nim, a pan lub pani leje wodę ze szlaucha do wielkiej misy.

Idźmy dalej, bo cisnące się tu motocykle i samochody dostawcze trąbią niecierpliwie. Przed kolejną jadłodajnią koło misy pełnej zmokłych kurczaków kuca pani i zdziera z nich pierze. Dalej na drewnianej desce do krojenia – znów położonej bezpośrednio na chodniku – pan skrobie rybę; obok następne, ledwo co wyjęte z wody, czekają na swoją kolej. Nic dziwnego, że chodniki są podejrzanie poplamione, a wszędzie unosi się nieświeży zapach. Po drugiej stronie następny lokal gastronomiczny, nawet spory i ładny; pomarańczowo-czerwony wystrój zachęca do wstąpienia. Niestety, widok talerzy i miseczek walających się na chodniku i tamże mytych w zimnej wodzie ze szlaucha nieco odbiera apetyt. Gdyby kto jeszcze się wahał, może zajrzeć do kuchni przez oczywiście otwarte drzwi. Lokal jest względnie nowy, więc ściany są od dymu zaledwie szare. Przecież to wszystko zaraz się usmaży w głębokim oleju, o co w ogóle chodzi? zdaje się myśleć personel, podnosząc warzywa wprost z posadzki. Przynajmniej kucharze odziani są w fartuchy… Niestety, odziedziczone chyba po innej knajpce i od tamtej pory nie prane.

Zbliżamy się do wylotu. Tu czasem stoi namiot żałobny rozbrzmiewający stosownie ponurą lub niestosownie hałaśliwą muzyką. W płóciennej konstrukcji pośród barwnych ozdób pogrzebowych siedzą na zydelkach żałobnicy, a na stole w głębi leży okryty tkaniną zmarły, nad którego czarno-białym zdjęciem migoczą lampki choinkowe. I tak przez kilka dni, podczas których na intencję jego pomyślnego istnienia po śmierci odpala się niezliczone petardy; czerwone strzępki papieru walają się po jezdni.

Jeszcze krok, i opuszczamy uliczkę Yanfeng. Po lewej dwa kamienne słonie strzegą wejścia do siedziby firmy, po prawej dwa metalowe smoki pilnują wrót restauracji, a naprzeciwko na skale wznosi się piękny pawilon widokowy o wywiniętych okapach, niczym rodem z czasów jakiejś dawno minionej dynastii.

Niestety, skała jest sztuczna, a pawilon liczy ledwo kilka lat.

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło:  www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl