Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (5)

13 lutego, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Impreza po chińsku

Karpia, kutii, czy nawet angloamerykańskiego indyka, że o opłatkach nie wspomnę, w Chinach na Boże Narodzenie się nie uświadczy. Ale zabawić przecież jakoś się trzeba!

Obcokrajowiec ma w Chinach używanie. Jako przybysz z daleka – rzecz wciąż dość tutaj wyjątkowa – często bywa zapraszany a to do domów, a to do restauracji, a to wreszcie na imprezy. Uświetniając swą obecnością dane wydarzenie towarzyskie, ma możność obserwowania Chińczyków w ich naturalnym środowisku i zdania o tym relacji dla potomności. Co niniejszym czynię.

Młode pokolenie Chińczyków, snobujące się na Christmas, czci narodzenie Jezusa na swój specyficzny sposób – czyli tłumnie i hałaśliwie. Młodzież zbiera się pośród wszechobecnych wizerunków Świętego Mikołaja, by świętować nie do końca wiadomo co; chyba to, że w ogóle można.

Bez względu na wiek, Chińczycy uwielbiają śpiewać. To jedna z najbardziej widocznych, a raczej najlepiej słyszalnych różnic między mieszkańcami Zachodu a Orientu. Gdy dla tych pierwszych publiczny śpiew to często źródło ciężkiego stresu i źródło złych wspomnień nawet po wielu latach (bez względu na talenta wokalne ujawniane pod prysznicem), dla drugich to rzecz zwyczajna, której oddają się z lubością i bez żadnej zachęty, w obecności ludzi mniej lub bardziej obcych. Parafrazując: oni po prostu niestety mają talent.

Nic tak wyraźnie nie świadczy o chińskim zamiłowaniu do śpiewu, jak popularność karaoke. Szyldy lokali KTV są tu wszechobecne. Wynająć tam można różnej wielkości sale z ekranami lub projektorami, potężnymi głośnikami oraz zestawem teledysków. Napędzani orzeszkami, arbuzami i tym podobnymi przekąskami Chińczycy łapią mikrofon w garść i wtórują artystom ile sił w płucach.

Nie inaczej jest podczas Bożego Narodzenia. Zamiast szacownego odśpiewywania kolęd w rodzinnym gronie, tu wyśpiewuje się w wynajętych salach największe chińskie szlagiery; co odważniejsi próbują się z piosenkami anglojęzycznymi.

Ale któż by długo wytrzymał nawet najlepszy amatorski śpiew? Zabawę trzeba sobie jakoś urozmaicić. Jedna dziewczyna wyciąga skrzypce i przepięknie gra do mikrofonu. Druga każe sobie puścić Britney Spears i na tle wyświetlanego z projektora teledysku odstawia figury taneczne, których nie powstydziłaby się – w więcej niż jednym podtekście tego słowa – żadna gwiazdka muzyki pop. Trzecia tańczy z partnerem bliżej nieokreślone dla niżej podpisanego zachodnie tańce klasyczne z wprawą godną europejskich parkietów. A wreszcie urządza się ogólną łapankę i zaczynają się gry i zabawy.

Do najpopularniejszych należy przerzucanie się lokalnymi dialektami. Ten ostatni punkt programu nieodmiennie wywołuje entuzjazm i salwy śmiechu, zwłaszcza, gdy kogoś udaje się nabrać. Próbowano mnie kiedyś wkręcić w głośne powtórzenie zdania „Jestem przystojny”. Na szczęście w porę zamieniłem wo (ja) na ni (ty) i zamiast podbijać sobie bębenka, pochwaliłem urodę stojącego obok Chińczyka. Tylko on i ja nie wyglądaliśmy na zawiedzionych.

Najciekawsze jednak, że przy tym wszystkim na stół nie wjeżdża alkohol. Są najrozmaitsze przekąski – pestki do łuskania, lizaki, przegryzki sojowe i mięsne, do picia zaś soki owocowe i napoje mleczne, ale alkohol nie jest traktowany jako nieodzowny element imprezy. W pewnym lokalu, gdzie miałem okazję się znaleźć, kelnerki zaserwowały amatorom śpiewu solidne półlitrowe kufle z grubego szkła z obiecująco złocistą cieczą, która po bliższym zbadaniu okazała się… herbatą. W osłupienie wprowadziło to jednak tylko czwórkę zaproszonych cudzoziemców.

Jeśli nawet przy podobnych okazjach alkohol się pojawia, to raczy się nim głównie płeć męska, a że przy tym chińskie piwo ma najczęściej około 3% alkoholu, fakt ten nijak nie przekłada się na nastrój imprezy. Młodzież bawi się więc „na sucho”, śpiewa, śmieje się, chrupie ziarna, podrzuca baloniki i gada w najlepsze.

I tylko ja, zakompleksiony przedstawiciel zachodniej cywilizacji, gdzie mało się śpiewa a dużo pije, siedzę na imprezie, gdzie mało się pije, a dużo śpiewa, jak na tureckim kazaniu. A kiedy wreszcie daję się wyciągnąć do odśpiewania Hej Jude Beatlesów, biedny John Lennon musi przewracać się w grobie. Oczywiście Chińczycy są innego zdania, problem wszakże w tym, że chwalenie urody i talentów rozmówcy to tu mus. Ale to już temat na inny felieton.

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło:  www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl