Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (23)

22 czerwca, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.


Obyś cudzy naród uczył

Angliści przybywają do Chin z kontraktami jasno określającymi dni i godziny lekcji. Szybko się jednak okazuje, że praca jest całodobowa i całotygodniowa. A na dodatek uczymy nie tylko angielskiego!

Nauczyciel to tutaj więcej niż tylko specjalista od określonej dziedziny wiedzy. To człowiek doświadczony, mentor, wręcz mędrzec, do którego udać się można z każdy problemem. A jeszcze jeśli jest to obcokrajowiec, otoczony nimbem egzotyki wytworzonym przez hollywoodzkie filmy i angielskie książki, to można się do niego zwracać ze wszystkim.

Indagacje o gramatykę czy wymowę nie dziwią mnie, wręcz się ich spodziewam. Na powtarzane do znudzenia pytanie „Jak poprawić mój angielski?” jestem już w stanie odpowiedzieć wyrwany ze snu w środku nocy. Trudno mi jednak ukryć zdziwienie, gdy studenci szukają u mnie pomocy w takich kwestiach egzystencjalnych jak np. co robić po zakończeniu szkoły, jak poradzić sobie psychicznie z odrzuceniem wniosku o wizę na wyjazd do Anglii, albo wręcz gdzie znaleźć swoją drugą połówkę…

Ucieczka z klasy i uczelni na miasto nie rozwiązuje problemu. Chińczycy zwykle nie mają żadnych oporów, by nawiązać rozmowę z obcym człowiekiem. Na domiar złego zastraszające ilości młodych ludzi traktują obecność waiguorena – obcokrajowca – jako szansę na popisanie się angielszczyzną przed nim, a przynajmniej przed kolegami.

Ten drugi przypadek objawia się werbalnymi napaściami w formie uprzykrzonego Hello! rzucanego w moim kierunku na chodniku, w autobusie, na przejściu dla pieszych czy w sklepie. Pojedynczym delikwentom można odpowiadać, ale w przypadku grupek lepszą strategią jest ignorowanie, bowiem odpowiedź przeważnie witana jest rechotem. Można też odpowiedzieć po chińsku: tradycyjne pozdrowienie Ni hao! często działa najlepiej, jako realizacja prostej zasady wet za wet.

Czasem jednak na tym się nie kończy. Pół biedy sympatyczne Welcome to China – witaj w Chinach – ale gorzej, jeśli wywiązuje się rozmowa. Piszę „gorzej”, bo rozmówcom często się zdaje, że waiguoren to darmowa maszynka do rozmawiania, wprawiana w ruch rzeczonym Hello!

Obcokrajowiec może więc czytać książkę w autobusie, drzemać w pociągu albo stać w kolejce – co z tego? Niech gada! A raczej słucha, bo młodzi ludzie inicjujący rozmowę często radośnie wygłaszają swoje z dawna przygotowane kwestie, nie poświęcając większej uwagi odpowiedziom cudzoziemca. W ramach zaś przedstawiania swoich referencji napomykają, że znają osobiście wielu obcokrajowców, i już wyciągają komórkę, by zapisać numer kolejnego.

Ochota do rozmowy bywa tak duża, że skłania do bardziej asertywnych działań. Jadąc kiedyś nocnym pociągiem do Kantonu zauważyłem przyglądającego mi się młodzieńca. Kontakt wzrokowy dał mu impuls do działania – przecisnął się przez tłum, poprosił siedzącego obok mnie mężczyznę o zamianę miejsc i przysiadłszy się od razu zaczął zwyczajową litanię: czy to twój pierwszy raz w Chinach, co tu robisz, skąd jesteś. Odpowiadałem standardowo, dopóki nie zrobiło się na tyle późno, że można było wykręcić się potrzebą drzemki.

Będąc końcem maja w leżącym w górach zachodniego Hunanu miasteczku Dehang, słynącym z krasowych szczytów i zamieszkującego je ludu Miao, zostałem zagadnięty przez dwie dziewczyny również odbywające tam wycieczkę krajoznawczą. Rozmowa byłaby ciekawa, gdyby nie to, że do autobusu zostało mi kwadrans, a chciałem jeszcze zaopatrzyć się w kilka pamiątek. Dziewczyny były moim pośpiechem bardzo zdziwione…

Azylu nie oferuje nawet dom. Wprawdzie na pytania o numer QQ – chińskiego odpowiednika Gadu Gadu – zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie korzystam z komunikatorów internetowych, ale temu i owemu zdradziłem swój numer telefonu i adres e-mail. Efekt? Esemesy, e-maile i telefony dotyczące wszystkiego, począwszy od troski o moje samopoczucie, przez pytania o hobby, po zwierzenia z ciężkiej doli studenta. Najgorsze są zaproszenia na spotkania, zwykle wystosowywane wieczorami i w weekendy – kiedy każdy rozsądny człowiek oraz student powinien myśleć tylko o odpoczynku po ciężkim dniu/tygodniu – albo wręcz w ostatniej chwili przez rzeczonym spotkaniem.

Rozmowy z młodymi Chińczykami potrafią być bardzo przyjemne i interesujące – sam nie tylko od nich nie stronię, ale wręcz sam je inicjuję, nie tylko w klasie, ale i poza nią. Problem tylko we właściwym czasie i miejscu. Jako nauczyciel nie tylko angielskiego, ale i życia, powinienem chyba więcej uwagi poświęcić tłumaczeniu, że waiguoren to nie automat konwersacyjny, a żywy człowiek.

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło: www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl