Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (2)

12 lutego, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Przychodzi Chińczyk do lekarza

I zapomina o prywatności. Zapomina o tajemnicy lekarskiej. Zapomina o zaciszu gabinetu. Jeśli w ogóle wie, że coś takiego istnieje!
Zdrowie jest najważniejsze, zdają się uważać Chińczycy. Po czym to poznać? Ano po tym, że dążąc do jego odzyskania, nie pozwalają żadnej błahostce stanąć im na drodze. Jak otóż wygląda poczekalnia w chińskim szpitalu? Na pozór normalnie, bo przecież krzesełka ciągną się jak należy wzdłuż korytarzy. Tyle tylko, że pacjenci zamiast grzecznie siedzieć i czekać na swoją kolej, dosłownie wpychają się do gabinetów lekarskich. Jest o to o tyle łatwe, że drzwi do tych ostatnich rzadko są zamknięte. Lekarz rozmawia z pacjentem, podczas gdy następni w kolejce stoją im obu za plecami, przysłuchując się diagnozie. Zresztą trudno mówić o kolejce z prawdziwego zdarzenia. W wyciągniętych rękach czekający na wizytę chorzy trzymają wszelkie dokumenty, natarczywie podstawiając je nieomal lekarzowi pod nos, by ktoś ich nie ubiegł. Ledwo jeden pacjent wstaje z taboretu, kolejny już czym prędzej siada na jego miejscu i głośno, zagłuszając konkurencję, skarży się na swoje dolegliwości. Trzeba podziwiać stoicyzm – a może konfucjanizm? – z jakim lekarz traktuje cały ten kram. Jeszcze kilka lat temu pojawienie się w chińskim szpitalu obcokrajowca wywołałoby zdziwienie wystarczające, by ów zdołał się przecisnąć przez chwilowo skonfundowany tłumek. Dziś opatrzyliśmy się już tubylcom i musimy swoje odczekać.

Jeśli lekarz zaleci badania krwi, rzecz przedstawia się bardzo podobnie. W otwartym na oścież punkcie pobrań kłębi się tłum podkasujących rękawy pacjentów. Za stołem stoi pielęgniarka, nakłuwając tę akurat rękę, która szybciej spocznie na poduszce. Cel badań znany jest wszystkim; pacjenci wtykają pielęgniarce karteczki ze zleceniami, obwieszczając wszem wobec co, po co i na co. Gastroskopię czy bronchoskopię również przeprowadza się przy drzwiach otwartych. Nie inaczej wygląda sytuacja w przypadku przyjmowania zastrzyków – również w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę… Jedyna rada to omijać szpitalne „godziny szczytu”, które jednak potrafią być bardzo niepunktualne.

Przestronna sala, rzędy wygodnych foteli, podwieszone pod sufitem telewizory – czyżby poczekalnia de luxe? Nie pasują jednak metalowe stojaki, umieszczone przy każdym fotelu, a przede wszystkim zwisające z nich kroplówki, spływające prosto do żył rozpartych w owych fotelach i wpatrzonych w owe telewizory pacjentów. Tak – to specjalne sale do przyjmowania kroplówek. Dożylne podawanie medykamentów to dla Chińczyków swoisty medyczny fetysz. Jeśli ktoś źle się czuje, może zawsze liczyć na kroplówkę. Drobna infekcja, przeziębienie, ból gardła kwalifikują tutaj do terapii dożylnej, choćby miała sprowadzać się do podania soli fizjologicznej czy glukozy. Siedzi więc rząd za rzędem pacjentów podłączonych do szpanerskich instalacji i zadowolonych, że są pod opieką lekarską, w otoczeniu dziesiątek podobnych sobie klientów biznesu zdrowia.

Ten brak poczucia zawstydzenia – żeby nie rzec „żenady” – sięga też dalej, poza szpitale. Gabinety dentystyczne z zasady mają tu wielkie całościenne okna wychodzące na ulicę, przez które można podejrzeć, jak na rzędach foteli wiją się jęczący pacjenci. Niezdecydowany potencjalny klient może podjąć decyzję przypatrując się z bliska tajnikom fachu stomatologa i nieledwie zaglądając cierpiącemu do jamy ustnej. Podobnie małe przyuliczne poradnie lekarskie otwierają szeroko swe iście garażowe drzwi, umożliwiając wybranie tej, której wystrój, wyposażenie i sposób traktowania pacjentów najbardziej nam odpowiada. Bywa, że w takich niepublicznych zakładzikach opieki zdrowotnej symbol nowoczesnej medycyny, czyli kroplówka, wystawiona jest na zewnątrz, a leczony za jej pomocą pacjent siedzi przed wejściem, pełniąc zarazem funkcję (ledwo) żywej reklamy.

O tak zdrowotnych, jak rekreacyjnych walorach chińskiej tradycji można także się przekonać spacerując ulicą. Szeroko – bo jakże by inaczej – otwarte bramy „salonów masażu” ukazują wygodne fotele, na których rozparci klienci oddają swoje stopy w fachowe, choć często bardzo młode ręce masażystów. Relaks na oczach przechodniów? Kuracja na oczach towarzyszy niedoli? A czemu by właściwie nie?

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło:  www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl