Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (19)

17 czerwca, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

 

Impreza EXPOrtowa

Ostatni piątek kwietnia był pierwszym dniem mającego trwać sześć miesięcy EXPO w Szanghaju. Po raz pierwszy liczącą 159 lat imprezę organizuje kraj rozwijający się. Wystawy 189 krajów i 57 organizacji ma odwiedzić co najmniej 70 milionów osób. Tyle liczby.

Cel jest jeden – pokazać się. „Proszę sobie wyobrazić, co pomyśleliby sobie Chińczycy, gdyby nas tu nie było”, powiedział BBC pewien australijski dyplomata. Trafił w sedno. Trudno o bardziej banalne stwierdzenie niż to, że obecność na rynku i w świadomości rodzącego się supermocarstwa to dzisiaj nieomal imperatyw dla krajów i przedsiębiorstw. Ignorowanie Chin to więcej niż błąd – to bojkot, prowokacja, wypowiedzenie wojny. Przyciągające wzrok, pełne atrakcji pawilony mają udowodnić, że wszystkim zależy na zwróceniu na siebie uwagi Chińczyków. To w końcu oni stanowić mają 95% odwiedzających.

Ale pokazać się chcą także i same Chiny. Ba – przede wszystkim Chiny. Impreza ma dowieść, że Państwo Środka czuje się pewnie na arenie międzynarodowej i w światowej gospodarce.

W świetle tego wszystkiego pewnym rozczarowaniem jest fakt, że na razie największym powodzeniem wśród odwiedzających cieszy się pawilon… chiński. Bardziej od obcych krajów interesuje Chińczyków to, czy ich kultura zalśni wystarczająco mocnym blaskiem. A zatem Chińczycy będący na miejscu od zgłębiania prezentacji obcych krajów wolą zapoznawać się z własną, obcokrajowcy zaś w przeważającej mierze zapoznają się z Expo za pośrednictwem mediów, nie mogących z oczywistych względów przekazać wszystkiego, co impreza ma do zaoferowania.

A zresztą może to i dobrze? Bo nie wszystko idzie tak gładko, jak chcieliby organizatorzy.

Przede wszystkim na razie zawodzi frekwencja. Pomimo nowoczesnego blichtru władze wciąż zdają się działać zgodnie z przekonaniem, że jak za starych dobrych czasów wystarczy coś zadekretować i ogłosić, by korne społeczeństwo gremialnie ruszyło wypełniać plan. Tymczasem z pół miliona biletów na otwarcie, które według organizatorów rozeszły się jak świeże bułeczki (czy raczej „stuletnie jaja”), wykorzystanych zostało zaledwie 207 tysięcy. Przypominają się pustki na widowniach podczas Igrzysk w Pekinie w 2008 roku, gdzie również cały naród miał ruszyć z radością wypełniać patriotyczny obowiązek. Wygląda na to, że władza wierzy we własną propagandę „chińskiej duszy”, choć rosnący poziom życia i przemiany społeczne już od dłuższego czasu przekładają się na coraz wyraźniejszą indywidualizację obywateli, którzy kierują się przede wszystkim własną, nie narodową korzyścią. I boi się, że coś może zburzyć ten budowany pieczołowicie wizerunek.

W weekend miałem okazję odwiedzić Hongkong i porównać informacje o Expo w anglojęzycznych mediach chińskich i hongkońskich. Te ostatnie, choć Hongkong już w 1997 r. „wrócił do macierzy”, pozostają wciąż w dużej mierze niezależne od oficjalnej polityki medialnej rządu. I tak, gdy rządowy dziennik China Daily przytaczał bombastyczne opinie chińskich komentatorów o szansie, jaką Expo stanowi nie tylko dla Chin, ale i całego świata, hongkoński South China Morning Post cytował mieszkańców Szanghaju znużonych wszechobecną propagandą. Gdy rządowe media informowały o pełnych entuzjazmu rzeszach odwiedzających, hongkońscy dziennikarze pisali o 15 procentach mieszkańców skwapliwie korzystających z wydłużonego weekendu by opuścić miasto na czas pierwszych dni wystawy. Gdy oficjalne doniesienia podkreślały korzyści rozwojowe dla Szanghaju i całych Chin, artykuły w bardziej niezależnej prasie przytaczały wypowiedzi szanghajczyków mających powyżej uszu prac budowlanych i obostrzeń zmieniających życie w mieście w pasmo utrudnień, oraz kwestionujących sensowność gargantuicznych wydatków (na organizację Expo wydano więcej niż na Igrzyska) w sytuacji, gdy wiele biednych i dotkniętych klęskami żywiołowymi rejonów kraju wymaga wsparcia.

Ale najlepiej strach Pekinu przed rysami na wymarzonym wizerunku „doskonałej organizacji imprezy” widać było w relacjach telewizyjnych. Gdy rządowy kanał anglojęzyczny CCTV 9 informował w kółko wyłącznie o tym, jak to prezydent Hu Jintao wita szanowne delegacje, a Chińczycy grzecznie stoją w kolejkach, któraś z telewizji hongkońskich pokazała brutalne przepychanki i awantury w usiłującym zdobyć bilety tłumie. I nie chodzi tyle o same te incydenty, które przecież zdarzyć się mogą wszędzie, co o styl myślenia i działania rządu oraz kontrolowanych przezeń mediów – wciąż pełnych przemilczeń, półprawd i zamaskowanych kłamstw.

Igrzyska miały oszołomić świat. I tak się stało, ale towarzyszące im wydarzenia – od poważnych, jak bezpardonowe stłumienie protestów w Tybecie, po drobniejsze, jak zastąpienie ładnie śpiewającej, ale nie dość ładnie wyglądającej dziewczynki inną, urodziwszą, a więc bardziej pasującą do olśniewającej ceremonii otwarcia – pozostawiły niesmak. Póki Pekin nie wyleczy się z obsesji „utraty twarzy”, póty nawet największe sukcesy okupywać będzie podejrzanym smrodkiem.

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło: www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl