Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (17)

15 czerwca, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Ostatnia droga

Dowiedziałem się od przyjaciela w Polsce esemesem o 15:55 czasu pekińskiego. Niebawem zaczęły przychodzić esemesy od moich chińskich studentów. Jeden, drugi, trzeci…


Pisali, że nie wiedzą, czy już słyszałem o katastrofie, choć przecież w dzisiejszej epoce nawet z drugiego końca świata można na bieżąco śledzić polskie portale internetowe, programy telewizyjne, czasopisma… Sami dowiedzieli się – jak to młodzież – przeważnie z internetu, ale chińska telewizja i gazety też relacjonowały tragedię w dalekiej Bolan. Pytali, kto teraz rządzi, kiedy będą nowe wybory, wyrażali żal i współczucie, wspominali żałobę narodową po trzęsieniu ziemi w Syczuanie w 2008 r. Na pierwszych lekcjach po czarnym weekendzie ten i ów podchodził nieśmiało, żeby powiedzieć, że jest mu przykro.

Ale to tyle. Śledząc relacje z Polski odczułem to samo odarcie, co pięć lat temu, gdy umarł Jan Paweł II. Odarcie ze wspólnego przeżycia, które będzie stanowić, ba, już stanowi element polskiej historii i wspólnoty. Wtedy też mieszkałem w Chinach i przeżywane przez rodaków emocje obserwowałem z niechcianym, wymuszonym, nienawistnym dystansem. Bo gdy w ojczyźnie świat na chwilę, a nawet kilka chwil stawał w miejscu, to tutaj, w Chinach, życie toczyło się jak zwykle. Jak gdyby nigdy nic.

Ale tym razem nie do końca. Tym razem nasza Wielkanoc zbiegła się w czasie z chińskim Świętem Zmarłych – Qingming. Święto Czystej Jasności, znane także jako Dzień Sprzątania Grobów, choć głęboko zakorzenione w kulturze, jeszcze niedawno uznawane było przez władze za zabobon. Dopiero w 2008 r. stało się świętem oficjalnym. W poniedziałek 5 kwietnia, gdy w Polsce urządzano śmigus-dyngus, Chińczycy oddawali hołd przodkom. Kampus przycichł, pod sklepami jaskrawiły się ozdoby pogrzebowe, sprzedawano papierowe ofiary, towarzyszące ulatującym duszom zmarłych.

10 kwietnia ta atmosfera prawie całkowicie ulotniła się już z chińskiej przestrzeni publicznej. Ale nie wszędzie. W niedzielę, gdy Polacy wciąż nie mogli znaleźć słów, by ogarnąć ogrom tragedii pod Smoleńskiem, zza okien mojego mieszkania dochodził ogłuszający huk na zmianę z irytującym trzaskiem. To petardy odstraszały zło krążące wokół duszy zmarłego.

W ojczyźnie prochu petardy to rzecz codzienna. Odpala się je przy byle okazji, a czasem bez okazji. Zaraz pierwszego wrześniowego poranka po przyjeździe na nogi poderwał nas huk tak porażający, że cała okolica w jednej chwili musiała zostać pozbawiona wszelkich duchów. Wyjrzałem za okno – w kłębach dymu i błyskach czerwonych sznurów petard wąską uliczką szła procesja w długich białych nakryciach głowy.

Tym razem do petard dołączyła i muzyka. Nieznośnie ponure melodie ryczały na przemian z ludowymi piosenkami. Idąc późnym popołudniem na konieczne zakupy zobaczyłem, że mała restauracyjka przy wjeździe na teren kampusu, w której bywało po kilku, czasem kilkunastu studentów, z mrocznej dziupli zmieniła się w barwną wystawę. Centralne miejsce zajmowała trumna z czarno-białym zdjęciem mężczyzny; obok leżały ofiary z owoców. Z ustawionych przed wejściem głośników dobiegała muzyka, wzdłuż muru naprzeciwko stały wielkie, srebrzyste i kolorowe koła na sztalugach z plastikowymi i papierowymi kwiatami, liśćmi, ozdobami, ideogramami; po chodniku walały się czerwone strzępy petard…

Zrozumiałem, że ktoś – najpewniej właściciel lub krewny właściciela restauracyjki – umarł i zgodnie z rytuałem ciało zostało wystawione na widok publiczny. Kiedy wracałem jakąś godzinę później, już po zachodzie słońca, z daleka usłyszałem obezwładniająco posępną muzykę. Wokół restauracyjki zebrał się tłum, głośniki aż trzęsły się w posadach, a obojętny mężczyzna w garniturze obsługiwał syntezator Yamaha. Pomyślałem, że elektroniczne dźwięki wypierają chyba tradycyjne zawodzenie krewnych… Ktoś miał na głowie długie białe nakrycie, dzieci tuż pod głośnikami zajadały arbuzy, a tłum zamiast dostojnej powagi przejawiał raczej życzliwe zainteresowanie. I dobrze – przecież ktoś, tłum ciekawskich albo gracze w madżonga, musi pilnować zwłok, póki nie nadejdzie pora, by przenieść je na cmentarne wzgórza.

Pośród tej kakofonii i jaskrawości trudno komuś wyrosłemu w naszej tradycji odnaleźć majestat śmierci. Ale on tam niezaprzeczalnie jest. Bo choć ostatnia droga w Polsce i Chinach wygląda i rozbrzmiewa inaczej, to jej kres jest wszędzie ten sam.

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło: www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl