Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (16)

14 czerwca, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Na zdrowie

Po raz pierwszy na sugestywną literacką wizję Chin natknąłem się chyba w książce „Okrążmy świat raz jeszcze” Tadeusza Perkitnego i Leona Mroczkiewicza. Przeczytałem ją na długo zanim myśl o wyjeździe do Państwa Środka postała mi w głowie…
Ale choć Chiny były tylko krótkim epizodem wyprawy tych dwóch przedwojennych podróżników dookoła świata, pośród ich licznych działających na wyobraźnię relacji z dalekich stron jedną z najmocniejszych jest ta z Szanghaju. Razem zapuścili się w mroczne zaułki największego miasta ówczesnej Republiki Chińskiej. W tradycyjnej aptece ujrzeli liczne zwierzęta spreparowane na różne okrutne sposoby – ryby, koguty, szczury, gady, małpy… Ale największym skarbem aptekarza, panaceum na wszelkie choroby, najdroższym lekiem była zatopiona w słoju, odcięta w łokciu, na wpół zgniła… ręka człowiecza.

Apteki chińskie i dziś robią wrażenie, choć części ludzkiego ciała się w nich już nie uświadczy. Firm pamiętających cesarstwo nie ma już w Chinach wiele, ale te, które się ostały, służą dziś jako muzea farmakologii. I pozostawiają niezatarte wspomnienia. Niedawno odwiedziłem Hangzhou, dawną siedzibę dynastii Song, o której Marco Polo pisał, że „bez ochyby jest to najsławniejsze i najpiękniejsze miasto na świecie”. Istniejąca tam od XIX wieku apteka wciąż wytwarza i sprzedaje medykamenty, a za niewielką opłatą udostępnia turystom swoje wnętrze. Budynek jest obszerny i pełen korytarzy, w których unosi się mocny zapach ziołowych leków. Tradycyjny wystrój oszałamia egzotyczną ornamentyką i orientalnym przepychem. Gdybyż takich budynków zachowało się w Chinach więcej! W upajająco wonnym powietrzu, pośród pogrążonych w półmroku chińskich dekoracji można przez chwilę zapomnieć, że na zewnątrz kipi życie całkiem współczesnego miasta.

W tym zapominaniu pomagają eksponaty. Przez szkło można obejrzeć tradycyjne medyczne ingrediencje. Obok flory jest i fauna. Spreparowane chrząszcze, żaby, jeże, jaszczurki, węże, ryby leczą wiele codziennych i niecodziennych dolegliwości. Przed wprowadzeniem regulacji chroniących dzikie zwierzęta nietrudno było o leki także i z grubszego zwierza. Dla potwierdzenia w gablotach stoi szkielet małpy, wypchana sarenka niczym z kreskówki, a nawet… tygrys i niedźwiedź. Niestety, to wcale jeszcze nie zamierzchła przeszłość. Do dziś łupem kłusowników w Rosji padają niedźwiedzie, które są następnie przemycane do Chin właśnie na leki oraz na stoły bogaczy. Podobnie jest z tygrysami.

Codzienność życia w Chińskiej Republice Ludowej nie jest jednak wcale tak odległa od prastarej praktyki. Mimo popularności medycyny zachodniej (lekarze stosują tu antybiotyki w leczeniu szpitalnym dwukrotnie częściej niż zaleca WHO) tradycyjne receptury wciąż mają się dobrze.

Pierwsze wrażenie po wejściu do współczesnej chińskiej apteki jest takie, że przez pomyłkę weszliśmy do supermarketu. Wysokie i długie regały ciągną się w szeregach przez całą salę, zastawione kolorowymi pudełkami. Można spacerować swobodnie między nimi z koszykiem lub bez, choć na oku wszystko cały czas mają liczne ekspedientki, zawsze skore do podsunięcia żądanego leku. Mogą to być konwencjonalne środki zachodnie, kosztujące tu śmieszne pieniądze. Choćby pokaźna tubka maści z acyklovirem, lekiem antywirusowym stosowanym m.in. na opryszczkę, kosztuje w przeliczeniu kilkadziesiąt groszy! Antybiotyki? Nie dość, że kosztują po kilka złotych, to jeszcze nie trzeba na nie recept – wystarczy poprosić np. o kelinmeisu (klindamycynę), by ekspedientka bez zwłoki podała nam opakowanie.

Jeśli jednak ktoś nie ufa nowomodnym chemicznym lekom, są tu i niezliczone leki tradycyjne, dostępne w formach unowocześnionych i odwiecznych. Np. przeziębienie i związane z nim dolegliwości jak ręką odjął usuwa róg antylopy (sprawdziłem na sobie) w formie praktycznych tabletek. Można jednak też skorzystać z leków o tradycyjnej tak zawartości, jak formie.

I dlatego upiorny obraz tamtej przedwojennej szanghajskiej apteki wraca do mnie za każdym razem, gdy w dwudziestopierwszowiecznych Chinach potrzeba zmusza mnie do kupna lekarstw. Bo na tackach wciąż leżą tu takie medykamenty jak suszone koniki morskie czy rozgwiazdy, a w wielkich ozdobnych butlach marynują się w alkoholu nie tylko korzenie żeń-szenia, ale także całe, wzmagające siły i dające długowieczność węże i żółwie, wyglądające jak żywe i najpewniej żywcem tu wsadzone.

Czy naprawdę taka wysokoprocentowa „wężówka” albo „żółwiówka” odnosi deklarowany efekt? Bez względu na to, co może o tym sądzić zachodnia medycyna, siła sugestii wsparta tysiącletnim autorytetem tradycyjnej farmakologii ma tu swoją wagę. Co odzwierciedla cena tych leczniczych napitków, idąca w grube setki i tysiące.

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło: www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl