Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (15)

13 czerwca, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Teraz Polska?

Chiny rosną w siłę, a ludzie żyją dostatniej, i nawet kryzys finansowy niewiele tu zmienił. Na portfele coraz liczniejszej klasy średniej chrapkę mają firmy nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.

Odkąd w końcu lat 70. zainicjowano reformy otwierające Chińską Republikę Ludową na świat, paranoicznie szczelne wcześniej granice przepuszczają coraz szerszą strugą pieniądze i towary z całego globu. Część produktów importowana jest wprost z zagranicy, inne wytwarzane są na miejscu na licencji, a wszystkie udowadniają niezbicie, że po okresie tragicznej w skutkach izolacji Chińczycy stali się obywatelami świata.

Na tej transakcji wszyscy zyskują. Zaufanie do zagranicznych marek jest ogromne. Po skandalu z zanieczyszczonym mlekiem w 2008 roku, kiedy to 300 tysięcy dzieci zachorowało, a sześcioro zmarło, wielu chińskich rodziców podejmuje wyprawy do Hongkongu, by kupić tam japońskie, holenderskie albo amerykańskie mieszanki dla niemowląt. Ale Chińczycy mają dostęp do produktów zachodnich także jako producenci. Transfer technologii i dobrych praktyk jest jednym z celów reform gospodarczych. Chińczycy uczą się po swojemu wykorzystywać cudzoziemskie technologie. Najlepszym dowodem nowe chińskie pociągi – wzorowane na japońskim Shinkansenie i francuskim TGV, ale od nich szybsze.

Firmy zachodnie z kolei uzyskały dostęp do olbrzymiego i wciąż rosnącego chińskiego rynku. Wszyscy chcą być dziś trybami w niezmordowanej maszynerii chińskiej gospodarki. Google, mający dość babrania rąk w oficjalnej rządowej cenzurze, jest wyjątkiem.

Ale korzyści są nie tylko finansowe. Ba, powiedziałbym wręcz, że dzisiejsze profity to kwestia drugorzędna. Walka o chińskiego klienta to coś więcej niż tylko walka o dostęp do jego portfela. To walka o przyszłość.

Zanim jednak szerzej o tym, garść przykładów zagranicznych marek i produktów, z jakimi na co dzień styka się Chińczyk:

Na ulicach widzi się amerykańskie, niemieckie i francuskie samochody, z centrach handlowych na wielkich plakatach lśnią szwajcarskie zegarki. Trudno wręcz zliczyć importowane kosmetyki i środki czystości. Marki znane także w Polski dostarczają chińskiemu klientowi wszystko, począwszy od luksusowych szamponów, przez przystępne cenowo pasty do zębów, po najtańsze płyny do mycia naczyń.

W sektorze napojów i słodyczy prym wiedzie rzecz jasna wszechobecna Coca-Cola. Chińczykom coraz bardziej smakuje także czekolada i czekoladki. Amerykańskie, belgijskie, szwajcarskie czy włoskie łakocie w lśniących opakowaniach trafiają przez oczy do żołądka i serca. Ceny nie są najniższe, ale przydaje to im tylko nimbu luksusu. Pośród zagranicznych ciastek furorę robią pudła duńskich herbatników.

Piwoszy rozczaruje słabość i ogólna nijakość lokalnych piw. Na szczęście z półek patrzą także etykiety Heinekena i Budweisera… niestety zachodni piwowarzy dostosowali się do chińskiego klienta i oferują „napoje piwne” o zmniejszonej w stosunku do oryginałów mocy. Za to puby w turystycznych dzielnicach oferują szeroki wybór belgijskich i niemieckich piw klasztornych.

Tu i ówdzie znaleźć można przyprawy Kotanyi, niemieckie ogórki konserwowe i takież kiełbasy. W domach handlowych swoje stoiska mają liczne zachodnie firmy odzieżowe, pośród producentów obuwia jest i czeska Bata. W największych miastach obecne są piekarnie francuskie. Sklepy z alkoholami oferują importowane koniaki i whisky.

Sprawy idą jeszcze dalej w autonomicznej byłej kolonii brytyjskiej – Hongkongu. Tu napić się można piw z najsłynniejszych browarów (a także np. z Trynidadu i Tobago), a ze stoisk z napojami wziąć oprócz nieśmiertelnej Coca-Coli serbskie soki owocowe.

A co z Polską?

Niestety, jesteśmy słabo widoczni. Kilka lat temu w Pekinie widziałem ryby w konserwach – puszeczka szprotek z Władysławowa kosztowała w przeliczeniu prawie dziesięć złotych. W Hongkongu trafić można na kosmetyki lesznowolskiej Eveline. No i jest wódka, nasz produkt eksportowy – butelka Wyborowej w pokazowym pudle kosztuje ok. 80 zł.

Robotę poniekąd odwala za nas Shineway, chiński potentat przetwórstwa mięsnego, od kilku lat produkujący Bolan kaochang, czyli… polską kiełbasę. Istotnie na tle egzotycznie przyprawianych chińskich wędlin ta, jak głosi angielski napis, „Poland style roasted sausage” smakuje zadziwiająco zwyczajnie, żeby nie rzec banalnie. Ale najważniejsze, że w ogóle jest.

Być może mamy tu więcej marek, ale nie rzucamy się w oczy. I w tym problem. Przecież właśnie teraz tworzy się nowoczesne chińskie społeczeństwo, w życie zawodowe wkraczają pokolenia zwrócone na świat. Młodzi ludzie, którzy dziś, kosztując szwajcarskich czekoladek, stosując francuskie kremy i wciągając amerykańskie dżinsy, stykają się bezpośrednio z niedostępnym dla pokolenia ich rodziców Zachodem, jutro będą biznesmenami, urzędnikami i turystami, którzy z tym Zachodem będą handlować, negocjować i doń podróżować. Dziś tworzą się pośród nich stereotypy, zarówno pozytywne i negatywne, które jutro będą się przekładać na wymierne korzyści i straty. A nas w tej grze nie ma.

Polska powinna kojarzyć im się z czymś, czym warto się zainteresować, co imponuje, daje radość. Nie produkujemy samochodów ani zegarków, ale słodycze, odzież oraz kosmetyki i owszem. Obecność naszych marek w Chinach wyrobiłaby nam samym markę kraju liczącego się i wartego poznania.

No i niechże ten Polak w chińskim supermarkecie poczuje trochę dumy na widok swojskiego produktu na stoisku z towarami importowanymi!

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło: www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl