Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (14)

12 czerwca, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Krok w tył czy do przodu?


Czyżby coś zaczęło się zmieniać? Czyżby po latach zginania karku przed rządem w Pekinie zachodnie firmy powiedziały sobie „dość”? A może powody wycofania się Google z Chin są zupełnie inne?

Kiedy w 2006 roku Google uruchamiało chińską wersję najpopularniejszej wyszukiwarki na świecie, wszystko wydawało się jasne. Zgodzono się na cenzurę, bo taki był klimat – trzeba docenić, że Chiny otwierają się na świat, nawet w okrojonej formie wyszukiwarka oferuje chińskim użytkownikom bardzo wiele, a z czasem reżim osłabnie, bo osłabnąć musi… Zachodnie firmy i rządy szły na ustępstwa, wmawiając sobie i innym, że warto uchylać drzwi, choćby to Komunistyczna Partia Chin miała decydować o szerokości tego uchylenia, grubości futryn i wytrzymałości zamków, bo prędzej czy później od samego uchylania zawiasy puszczą. Najlepszym przykładem tej strategii były żenujące zabiegi wokół niedoszłego bojkotu ceremonii otwarcia Igrzysk w 2008 roku po krwawej rozprawie Pekinu z Tybetańczykami.

Zawiasy nie puściły; wręcz przeciwnie. Ośmielone bezradnością Zachodu Chiny coraz mocniej przykręcają śrubę. Kiedyś przy okazji wizyt amerykańskich prezydentów w ramach gestu wypuszczano z więzień dysydentów; teraz za kraty trafia najwięcej opozycjonistów od lat (niektórych schwytano dzięki informacjom dostarczonym przez zachodnich potentatów internetowych). Każda krytyka czy niemile widziane zachowanie ze strony Zachodu komentowane jest na zasadzie „nie narażajcie naszych interesów na szwank”, a wolność – dostępu do informacji, głoszenia poglądów, internetu – zamiast rosnąć, maleje.

W tej sytuacji decyzja Google o zaprzestaniu cenzurowania wyników wyszukiwania zgodnie z wytycznymi chińskiego rządu jawić się może jako pierwsza jaskółka zmian. Użytkownicy korzystający z www.google.cn przekierowywani są na niecenzurowane strony hongkońskiej wersji wyszukiwarki. Hongkong, choć wcielony do Chin w 1997 roku, cieszy się wciąż bardziej liberalnymi przepisami niż reszta kraju. Podczas gdy w wersji chińskiej obrazy wyszukane według hasła „Tiananmen” przedstawiały ukwiecone skwery, portrety Mao i mury Zakazanego Miasta, to w wersji hongkońskiej (jak i angielskiej, polskiej itd.) widać serię słynnych ujęć z samotnym człowiekiem zatrzymującym kolumnę czołgów. Na strony poświęcone masakrze w 1989 roku nadal wejść nie można – tak działa cenzura – lecz wiedza, co jest cenzurowane, staje się widoczna jak na dłoni. Jak długo to potrwa, trudno powiedzieć, jednak obawy o przyszłość dostępu do hongkońskich i innych wersji Google są już głośno wyrażane.

Tylko czy rzeczywiście zadecydowały względy etyczne? Niektórzy w to wątpią. Google nie zrobiło w Chinach kariery. Jego chiński odpowiednik – wypełniający wszystkie zalecenia rządu serwis Baidu – dzierży dwie trzecie rynku. Stąd głosy, że decyzja Google jest próbą zamaskowania biznesowej porażki.

Wśród Chińczyków nastroje są mieszane. Wieść odbiła się tu szerokim echem, zwłaszcza pośród młodzieży, dla której internet to niezbywalna sfera życia. Część, zwłaszcza na monitorowanych stronach krajowych, zionie nenawiścią do Google i popiera cenzurę w imię „harmonii” społecznej. Inni, często ci wypowiadający się na stronach zachodnich, wyrażają żal, ale i szacunek dla spóźnionej, bo spóźnionej, ale pryncypialnej decyzji Google. Dyskusja, choć nie w pełni swobodna, jest przejawem rodzącego się w Chinach społeczeństwa obywatelskiego.

Zapytałem kilku swoich studentów o opinię. Xie Linkan, student anglistyki o specjalizacji biznesowej, trochę się obraził zawartą w moim pytaniu niezamierzoną sugestią, że może nie wiedzieć o tym wydarzeniu:

„Przecież wiem, co się wokoło dzieje. Dowiedziałem się z internetu. To tutaj ważna wiadomość. Trudno mi uwierzyć, że Google mogłoby zostać w Chinach bez cenzury. Gdyby to tylko było możliwe!”

Z kolei Xia Chenhui, studentka handlu międzynarodowego, przyznaje, że choć w jej środowisku prym wiedzie Baidu, to żal jej będzie, jeśli – kiedy – Google zniknie z rynku:

„Wcześniej rzadko używałam Google, ale teraz postanowiłam sprawdzić i okazało się, że daje więcej możliwości! Baidu jest pełne reklam i wprowadzających w błąd linków.”

Rozmowa jest dość ostrożna. Podczas poprzedniego pobytu zostałem oficjalnie ostrzeżony, o czym ze studentami nie rozmawiać. Mam złe doświadczenia z poruszania tutaj „tematów drażliwych”, jak Tybet czy Tajwan. Dlatego kiedy czasem bywam pytany przez studentów, czemu nie mogą już korzystać z tak popularnych stron, jak Youtube czy Facebook, trudno mi odpowiedzieć wprost, że to wina przepełniającego władców w Pekinie strachu przed samodzielnym myśleniem poddanych.

Czas pokaże, czy decyzja Google przyspieszy, czy opóźni pozytywne zmiany w Chinach. I czy w ogóle będzie miała jakikolwiek wpływ.

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło: www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl