Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (11)

3 marca, 2010 autor Cavior

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Zakupy na (nie)świeżym powietrzu

Chińskie supermarkety nie tylko w okresie przedświątecznym pękają w szwach, ale tradycyjne targowiska wciąż mają się świetnie. I dobrze, bo urozmaicają więcej niż tylko bukiet miejskich zapachów.

Chińczycy to naród kucający. Na dowody tego stanu rzeczy natrafić można wszędzie. Najpopularniejszy tu nadal model toalety to ceramiczna lub blaszana płyta z dziurą, nad którą się kuca. Strudzony piechur zamiast przysiąść na krawężniku, kuca na lub przy nim. Zgłodniały klient przydrożnego lokalu śmiga pałeczkami między ustami a papierową miseczką kucając pod murem. Nic dziwnego więc, że stragany to na chińskich targowiskach najczęściej rozłożone wprost na ziemi płachty, a czasem po prostu zdjęte z ramion bambusowe nosidła z koszami na obu krańcach, przy których wielu straganiarzy zwyczajnie kuca w oczekiwaniu na klienta. I wcale nie wydają się być tym zmęczeni.

O bliskości targowiska w Chinach świadczyć może swąd, dobywający się z piecyków i ognisk, przy których w zimne dni grzeją się straganiarze. Wskazówka to jednak nie nazbyt precyzyjna, ponieważ popularność piecyków na węglowe brykiety jest tutaj duża i z co drugiego przydrożnego lokaliku z potrawami na gorąco dobiega podobna woń. Charakterystyczny zapach może świadczyć o obecności „stoiska rybnego” – i rzeczywiście na większości, jeśli nie na wszystkich targowiskach żywnościowych znajdziemy misy z żywymi i/lub leżące na ziemi płachty z dogorywającymi rybami. Jako że klienci zwykle życzą sobie sprawienia zakupionej ryby, woń jest tym mocniejsza. Niestety jednak w deszczowy dzień ta wskazówka też może zawieść. Przyjemne zapachy niosą się za to ze stoisk z przyprawami i ciastami, ale tu znów w błąd wprowadzić mogą uliczne restauracyjki.

To może w takim razie dźwięki? Z targowiskami rzeczywiście związane są tu pewne charakterystyczne odgłosy. Niektórzy straganiarze nie zawierzają swego dobrobytu li tylko wyglądowi wyłożonych towarów i zachęcają do kupna werbalnie, niekiedy wpomagając struny głosowe elektronicznie, czyli przy użyciu zestawu z zakładanego na głowę mikrofonu i głośnika. Podobnie reklamują swoje towary i usługi handlarze obwoźni – powtarzany w kółko przez megafon nagrany komunikat ogłasza, że tu ostrzy się noże i nożyczki lub sprzedaje szybkie obiadki. Takie jednak dźwięki mogą mylić, bo owi handlarze, jak to obwoźni, na targowiskach stoją tylko wyjątkowo. Ich rowery i motocykle, obładowane sprzętem do reperacji lub garnuszkami ze strawą jeżdżą w poszukiwaniu klienta bocznymi uliczkami miast.

Obwoźnie raczej nie handluje się żywym inwentarzem, a ten potrafi drzeć się na całe gardło. Skrępowane kury leżą spokojnie, gdy nic się nie dzieje, ale kiedy tylko sprzedawca i potencjalny klient zaczynają dobijać targu, namacalnie sprawdzając walory wystawionego drobiu, ów głośnym pianiem wyraża swój protest. Kaczki i gęsi zachowują więcej godności, ale i im zdarza się kwaknąć i zasyczeć, gdy narusza się ich nietykalność cielesną i godność osobistą. Inwentarz żywy bywa zresztą na miejscu zmieniany w inwentarz martwy, co rzecz jasna wiąże się z osobnymi wrażeniami dźwiękowymi.

Słowa protestu nie słychać ze strony świń, krów i (o ile znam się na zooanatomii) kóz, których mięso jest tu w cenie. Dlaczego? Ponieważ na targu pojawiają się już w kawałkach. I to niekiedy całkiem sporych. Na okrwawionych deskach, znów często leżących wprost na ziemi, piętrzą się grudy mięsa i tłuszczu. Chłodziarek brak, a muchy latają, więc sprzedawca lub jego asystent nieustannie wywija nad obmacywanym przez klientów towarem patykiem z przywiązanym woreczkiem foliowym. Zestaw noży i tasaków pozwala straganiarzowi w mig spełnić każde życzenie amatora mięsa. Gorzej, gdy ktoś zażyczy sobie mielonego – wtedy w ruch idą obie dłonie i śmigające ostrza siekają wybrany kawałek, aż obróci się w jednolitą masę.

Wegetarianin też się pożywi. Wybór warzyw i owoców cieszy oko. Wygląd to pieniądz, zdają się myśleć straganiarze i w pięknie równych szeregach układają czyste pęczki cebulki, pora, główki kapusty i inne rośliny, które czasem trudno mi nazwać. Ślinka przestaje jednak kapać na widok poletek uprawnych rozsianych po całym mieście. Takie działeczki warzywne, często mierzące kilka metrów kwadratowych, położone są koło budynków mieszkalnych, fabryk, a nawet wzdłuż zatłoczonych ulic, dzięki czemu nasza dieta obfituje w najróżniejsze pierwiastki.

Obecności metali ciężkich nie da się niestety zbadać wagą, nawet elektroniczną. Te pojawiają się na targowiskach coraz częściej, ale odwieczne wagi dźwigniowe wciąż mają się dobrze. Taki patyk z podziałką i podwieszoną na jednym końcu tacką jest zaskakująco precyzyjny. Przesuwając uchwyt ze sznurka i mrucząc coś pod nosem straganiarz jest w stanie przeliczyć na juany każde warzywo. Podziałka jest nieczytelna a pomruki nieartykułowane, więc konieczna jest wiara w uczciwość sprzedawców, ale że ceny są z reguły nawet kilkakrotnie niższe niż w supermarketach, pozostaje ona we mnie niezachwiana.

A jeśli klientów na ryby, mięso czy warzywa brak, znudzeni straganiarze zawsze mogą zasiąść z do partyjki madżonga.

Autor: Dawid Juraszek. Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło: www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl