Regulamin - Loguj/Wyloguj

„Chiński syndrom.” (1)

12 lutego, 2010 autor Cavior

Przedstawiamy pierwszy z cyklu felietonów Dawida Juraszka, jakie ukazują się od listopada roku 2009 w „Dzienniku Polskim”. Pierwotna nazwa cyklu:  „Email z Pekinu”.

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora.

Na Wschodzie nie bez zmian

Powietrze pachnie tą samą mieszanką spalin i upału, co cztery i sześć lat temu. Wieżowce pną się w niebo z równie rutynową brawurą. Rowery nadal toczą skazaną na przegraną walkę ze skuterami. Ale za to mniej się pluje i smarka.

Kto był w Chinach, ten na pamięć zna ów godny filmu grozy odgłos charkania, po którym następuje miękki plusk plwociny padającej na ziemię. Nieprzerwanie towarzyszy on nienawykłemu obcokrajowcowi na ulicy, w supermarkecie, w autobusie, nawet w lokalach gastronomicznych. Podczas poprzednich pobytów w Państwie Środka zdążyłem się już przyzwyczaić, że oczyszczenie płuc z nadmiaru flegmy to bez względu na wiek i płeć priorytet dla przytłaczającej liczby Chińczyków. Teraz przez kilka pierwszych dni coś mi nie grało, Chiny zdawały się jakieś inne. A potem nagłe olśnienie – to przeciągłe chrrrrrrrrtf zniknęło z pejzażu dźwiękowego!

„Zniknęło” to rzecz jasna zbyt dużo powiedziane. Honoru plwaczy broni wciąż stara gwardia, lecz młodzi charkają znacznie rzadziej. Czy to efekt kampanii na rzecz poprawy kultury osobistej Chińczyków, wdrażanych odgórnie w zeszłym roku w związku z Igrzyskami Olimpijskimi? Zapewne. Jeśli tak, to dziedzictwem pekińskiej imprezy jest nie tylko komplet imponujących stadionów. Nie bez pewnego wpływu muszą być także kwestie czysto medyczne, które datują się co najmniej od czasu epidemii SARS – wisząca w powietrzu świńska grypa powinna działać mitygująco. Tak czy owak, zmiana na lepsze jest nie tylko widoczna, ale i słyszalna.

Nie trzeba więc już patrzeć pod nogi z obawą, że wdepnie się z żółtawą maź. Za to trzeba uważać, by nie wdepnąć w jeszcze ciepły dowód wzmożonej miłości Chińczyków do psów. Do tej pory jedynym miejscem, gdzie z dużą dozą pewności można było zobaczyć te sympatyczne zwierzęta, były zimowe targowiska – mięso Burków i Azorów ceni się tu jako przysmak rozgrzewający krew. Teraz wszelkiej maści i gabarytów czworonogi pojawiają się na ulicach w charakterze przyjaciół serca, nie żołądka. Dumnym właścicielom towarzyszą rottweilery, samojedy, buldogi i inne rasowce oraz mieszańce. Świeżo upieczeni psiarze wszelako nie bardzo chyba wiedzą, co z ekstrawaganckimi pupilami robić. Nadaremnie próbuję gwizdać, cmokać, wyciągać rękę – psy jeśli w ogóle raczą podnieść wzrok, patrzą na mnie jak na wariata. Czego ten cudak chce, zdają się myśleć i idą obojętnie w swoją stronę, a w skrajnych przypadkach wręcz kulą ogon pod siebie i pierzchają byle dalej.

O ile Chińczycy nie zapewniają najwidoczniej swoim ulubieńcom pieszczot takich, jakimi obdarzane są zwierzaki domowe na Zachodzie, to jeśli chcą, mogą zapewnić im iście zachodni wikt. Wyroby Pedigree i Whiskas szturmują chiński rynek, rozpychając się na półkach w supermarketach. Sympatyczne mordki patrzą z opakowań na klientów, pełne nadziei, że nikt nie weźmie zbilansowanej karmy dla psów i kotów za dietetyczną przekąskę z psiny i kociny…

Skoro już jesteśmy przy supermarketach: Chińczycy znacznie rzadziej gapią się do koszyka robiącego zakupy cudzoziemca. Wcześniej codzienne sprawunki wiązały się z koniecznością znoszenia nieomal bezustannego zaglądania przez autochtonów intruzowi na przemian w twarz i w koszyk. Ludzie, przecież jesteśmy w tym samym sklepie, wywracałem wtedy oczami. Dziś już nie muszę. Mniej też jest zwykłego ordynarnego gapienia się na „białego ducha”: niegdyś wcale nierzadko bywało, że niektórzy snuli się w ślad za mną, byle napatrzeć się na dziwoląga, albo prześcigali się, by zająć lepszy punkt widokowy. Dziś to już rzecz sporadyczna.

Niesporadycznie za to natknąć się można na Chińczyków znających angielski. Młodzi chętnie korzystają ze swojej angielszczyzny. Tak było i drzewiej, ale o ile wtedy najczęściej kończyło się na Hello!, o tyle teraz od tego zaczyna się jakaś tam rozmowa. Językiem Szekspira na różnym poziomie zaawansowania posługują się niektóre kasjerki w supermarketach, obsługa pociągów dalekobieżnych, pracownicy banków czy lekarze. Przyjemnie pomyśleć, że jako nauczyciel angielskiego mam w tym swój drobny udział.

Zanim jednak zrobi się nazbyt górnolotnie, wyznam otwarcie – moja szczytna chęć wspomożenia komunikacji międzykulturowej to jedno, a jeszcze mojsza ordynarna niechęć do nauki chińskiego drugie.

Autor: Dawid Juraszek.  Artykuł zamieszczono za zgodą Autora. Wszelkie prawa zastrzeżone. Źródło:  www.juraszek.net

Tagi: ,

Komentarze wyczone.

Patrnerska strona

Serwis informacyjny MMA najpopularniejszy w Polsce

Trening i motywacja kochamsilownie.pl